Jak ktoś mnie pyta: „Jak było na Madagaskarze?” Odpowiadam za zwyczaj jednym słowem: „Wspaniale!” Dopiero później zastanawiam się, jak streścić ludziom wrażenia z tak wielkiej wyprawy, która tak bardzo zmieniła moje życie.

Wybierając się do Afryki z góry wiedziałam, że zobaczę prawdziwą biedę, miałam pewne wyobrażenia o życiu Malgaszy i ich warunkach życia. W końcu od dawna fascynuje mnie czarny kontynent i wiele na jego temat czytałam, oglądałam, słyszałam. To co mnie tam spotkało i najbardziej dotknęło, wcale nie była ta bieda, choć widzenie takich warunków na żywo było znacznie bardziej przejmujące dla mnie niż myślałam. Jednak najbardziej mi w pamięci pozostały dzieci z St. Joseph College.

Wyjeżdżając na wolontariat wiedziałam nie więcej niż to, że będę się zajmowa

przez miesiąc dziećmi w szkole. Główkowałam się nad tym, jakie zajęcia przygotować, co wymyśleć dla nich tak aby były zadowolone. Z doświadczenia wiedziałam, że to nie łatwe zadanie, bo już wcześniej jako opiekunka młodzieży katolickiej prowadziłam zajęcia z młodzieżą. Jednak tu było zupełnie inaczej. Dzieci na Madagaskarze są niezwykle wdzięczne za wszystko, co się dla nich przygotuje. Zaczęło się już pierwszego dnia, gdy siostra Sława, dyrektorka szkoły, tłumaczyła dzieciom, że będziemy prowadzić z nimi różne dodatkowe zajęcia. Dzieci się uśmiechały od ucha do ucha i zaczęły klaskać w ręce po czym nam zaśpiewały na powitanie piosenkę. Zakręciła mi się łezka w oku, a nawet musiałam się powstrzymać, żeby nie popłakać się ze wzruszenia. I tak było jeszcze kilka razy, gdy zostałyśmy przedstawione, a miejscowi nas serdecznie witali słowami bądź śpiewem. I to już mi pozostanie w pamięci. Tak samo jak radośnie uśmiechnięte twarze dzieci. Po kilku dniach zapoznałam się z dziećmi, rozpoczęłyśmy już regularne (jak na malgaskie warunki) zajęcia. Były to zajęcia plastyczne jak i zabawy, angielski, taniec oraz sztuki walki Taekwondo. Dzieci nieustannie nas radowały swoim entuzjazmem i gotowością oraz tym, że wkładały w te zajęcia swoje serce, a odpłaciły nam pracę swoim uśmiechem. Bo właśnie uśmiech dzieci z Madagaskaru są tym, czego do końca życia już nie zapomnę. Dzieci są radosne; szczęśliwe, że mogą pójść do szkoły. Jednak jak się wyjdzie poza bramy szkoły, widać jak dobrze mają dzieci uczące się. Na ulicy dzieci, których rodziców nie stać na to żeby uczęszczały do szkoły, bawią się w błocie, są brudne, ich miny już nie takie radosne.. Także twarze dzieci, gdy już wracają ze szkoły na dwór bardziej niż do domu, bo tam przecież jest zimno, ciemno, a na dworze łażą po ulicach i szukają sobie zajęcia lub obserwują, co się wokół nich dzieje.

Na szczęście wiele dzieci zostało objętych programem „adopcja na odległość” tak, że mają opłaconą szkołę w tym jeden obfity ciepły posiłek – jak to na Madagaskarze ryż z warzywami.

Maria Spyczak von Brzezińska lipiec-sierpień 2013

Posted by:admin